dla tych, którzy górami potrafią żyć w dolinach
Kategorie: Wszystkie | doliny | dookoła Tatr | jaskinie | polany | stawy | szlaki | wierchy
RSS
piątek, 20 stycznia 2012
Ukryte stawy Doliny Pięciu Stawów

Zrobiłam niedawno komuś dość nietypowy prezent. Wzięłam mapę Tatr, i to taką z przeszłością, bo była ze mną w kilku miejscach w zeszłym roku, po czym ponaklejałam na niej kolorowe papierowe kropki i w oddzielnej książeczce kazałam zgadywać, o które miejsca na mapie mi chodzi. Była to miła okazja do poobcowania trochę z mapą, bo, jak Czytelnicy zdążyli się pewnie zorientować, ostatnio rzadko tu bywam. Cóż, studia to czasem siła wyższa, w każdym razie dwa razy w roku.

Dolina pod Kołem (źródło: Wikimedia)

Gdy naklejałam te karteczki, niektóre nie chciały się zmieścić obok siebie tam, gdzie mi zależało. Chodzi o rejon Tatr Wysokich, obfitujący w ciekawe miejsca i alpejskie widoki. I wtedy, mimo sporego zagęszczenia szlaków na wschodzie mapy (albo zachodzie, zależy, jak patrzeć - ja mam taką z orientacją południową), zauważyłam kolejny brak na mapie Tatr Polskich, a konkretnie w rejonie Doliny Pięciu Stawów. Ekolodzy znowu się cieszą, ale turyści żałują. Dużą stratą wydaje się brak legalnej i chyba jakiejkolwiek ścieżki do Zadniego Stawu Polskiego i Wolego Oka. Szczególnie, że to ostatnie słynie z tego, że nazywane jest szóstym stawem, jak na dolinę Pięciu przystało.

Dolina Pięciu Stawów (źródło: Wikimedia)

Zadni Staw ładnie widać ze szlaku na Zawrat i z fragmentów Orlej Perci. I chyba... znikąd więcej, chyba, że z Gładkiej Przełęczy, na którą z Polski się nie wejdzie. Ukryty jest pośród piargów, które w zasadzie nie wyglądają na takie, które by się nadawały na szlak turystyczny. Ale przecież spora część górnych pięter Doliny Pięciu Stawów prezentuje się podobnie. Zastanawiam się czasem, ile pracy wymagało ułożenie takich pięknych chodników, po których dzisiaj po królewsku sobie chodzimy... Zadni Staw zasługuje na uwagę nie tylko dlatego, że jest stawem "dla zaawansowanych". Warto odnotować, że jest drugim najwyżej położonym jeziorem w Polsce - zaraz po Zadnim Mnichowym Stawku.

Dolina pod Kołem (źródło: Wikimedia)

Zadni Staw i chyba również Wole Oko znajdują się w Dolinie pod Kołem. Fascynują mnie te wysokogórskie dolinki, tylko szkoda, że większość jest niedostępna i niewidoczna dla zwykłych śmiertelników. Wole Oko również bywa niewidzialne, bo jest płyciutkie i w zimie całkowicie zamarza.  Coś, jak Zmarzły Staw w Gąsienicowej. Wodę magazynuje dzięki równie niewidzialnemu potokowi z Zadniego Stawu. W okolicy Wolego Oka znajduje się jeszcze kilka mniejszych, sezonowych stawków, które również nie zasłużyły sobie na miejsce w nazwie doliny. Ciekawe, co by było, gdyby je wszystkie policzyć.

Wole Oko (źródło: Wikimedia)

Nie sądzę, byśmy się doczekali kiedyś szlaku do Zadniego Stawu Polskiego. Pozostaje nam atrakcyjny widok na niego z Zawratu lub Świnicy. A jak się odwrócimy, kto wie, czy nie będziemy mieli akurat szczęścia zobaczyć Zadniego Stawu... Gąsienicowego. Jest dokładnie po drugiej stronie, w dole w połowie drogi między Świnicą a Kościelcem.

Zadni Staw Gąsienicowy (źródło: Wikimedia)

17:35, tatrografia , stawy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 grudnia 2011
Pierwszy spacer w Nowym Roku

Zastanawiałam się ostatnio, jak to jest, spędzać Sylwestra w górach. Może się to wydać dziwne w przypadku osoby, która swojego czasu odwiedzała Tatry cztery razy w roku, ale jest to faktem - nigdy nie wyjechałam na Sylwestra do Zakopanego ani na Podhale. Słyszałam różne opowieści o tej formie obchodzenia Nowego Roku. Wśród nich górują straszne relacje na temat zajętych stolików na Krupówkach do tego stopnia, że tworzą się kolejki, oraz o korkach na Zakopiance i zasypanych torach. Podejrzewam, że z Krupówek na Sylwestra można zwyczajnie zrezygnować i spędzić ten wieczór przy oknie i świecach w którejś z góralskich wsi, ale do tego akurat Sylwester jest niepotrzebny. Jutrzejszą noc spędzam w Warszawie na domowej imprezie - jeszcze nie nadszedł dla mnie czas na weryfikowanie zakopiańskich sylwestrowych legend.

Przyszła mi do głowy natomiast inna myśl. Sylwester trwa tak naprawdę jeden wieczór, ale następnego dnia zaczyna się prawdziwe święto: Nowy Rok. A gdyby tak spędzić pierwszego stycznia... na szlaku? O ile urlop na to pozwala, pierwszego dnia nowego roku dobrym pomysłem mógłby być spacer po tatrzańskich dolinach. Jak coś w rodzaju dobrej wróżby na nowy rok.

Gdybym zatem wybrała się w Tatry na przełomie grudnia i stycznia, potrzebowałabym planu, jak spędzić ten wyjątkowy styczniowy dzień. Przychodzi mi do głowy kilka pomysłów, a wszystkie biorą pod uwagę styczniowy śnieg i chęć dłuższego pospania:

1. Śniadanie w Starej Roztoce. Pewnie spotkalibyśmy na miejscu mieszkańców schroniska, którzy odsypialiby intensywny wieczór. Herbata "Roztoka" i rujnujące kieszeń śniadanie byłoby dobrym początkiem nowego roku.

2. Dolina Kościeliska. Najlepiej mi znana dolina, którą można przejść nawet z zamkniętymi oczami (co po sylwestrowych toastach może być przydatną umiejętnością). Tylko po co z zamkniętymi.

3. Dolina Strążyska, ponieważ byłaby prawdopodobnie bardziej pusta, niż Kościeliska. Chociaż większość dolin byłaby bardziej pusta, prawdę mówiąc. No i ta bliskość Giewontu, chociaż nigdy na nim nie byłam, byłaby dobrym znakiem na tatrzański nowy rok.

4. Kasprowy. Czy ktoś wie, czy pierwszego stycznia kolejka działa? Jeśli tak, to w tym konkretnym przypadku raczej nie pośpimy - chyba, że stada skacowanych narciarzy nam nie przeszkadzają. Inaczej trzeba stawić się w Kuźnicach wcześnie rano.

5. Rusinowa Polana - zimowy pustostan, cisza, panorama Tatr Wysokich, jeśli chmury się rozejdą. To bardzo magiczne miejsce, takie trochę domowe, prywatne. Tutaj przydałby się termos z herbatą. Chyba idealna opcja na Nowy Rok.

Zakopane pewnie jak co roku przeżyje sylwestrowy najazd turystów. Potem dwa tygodnie przerwy i czas ferii mazowieckich i wszelkich innych. A potem nagle okazuje się, że... już za chwilę wiosna :).

Wszystkim Czytelnikom życzę wielu powrotów w góry w Nowym Roku!

niedziela, 06 listopada 2011
Droga Brata Alberta

Miejsca w Tatrach dzielą się według mniej na kilka kategorii. Pierwsza to moje ulubione miejsca, w których jest pięknie i z którymi wiążą mi się jakieś miłe wspomnienia. Druga to miejsca, w których bywam równie często, bo są ulubionymi miejscami osób, z którymi chodzę na wycieczki. Trzecia kategoria to miejsca, w których nigdy nie byłam, a czwarta to miejsca, których nie lubię i to właśnie o jednym z nich chciałabym dzisiaj co nieco opowiedzieć. Wbrew pozorom, są takie miejsca na terenie Parku, o których myślę raczej z niechęcią (choć wszystko wydaje się lepsze, niż przystanek tramwajowy w listopadowy, wietrzny wieczór). I, co nietrudno zgadnąć, są to głównie miejsca, do których trudno mi się idzie. Bądźmy szczerzy, nie jestem mistrzem dobrej kondycji i często stanowczo bardziej wolę herbatkę w Roztoce, niż przebieżkę do Pięciu Stawów. Choć te drugie akurat bardzo lubię, ale dopiero wtedy, gdy się jest już na miejscu.

Dzisiaj będzie o jednym z tych nielubianych przeze mnie miejsc w Tatrach, a właściwie - nielubianych szlaków. Mam na myśli Drogę Brata Alberta. Kto wie, gdzie to jest?

fot. A. Bakota

Czas minął, poprawna odpowiedź: jest to droga prowadząca z Kuźnic na Polanę Kalatówki. Teraz macie minutę na wyśmianie mnie, że czego niby można w tym szlaku nie lubić, skoro się kończy po dwudziestu minutach.

Otóż, właśnie tego w nim nie lubię. Jak coś w górach ma trwać piętnaście czy dwadzieścia minut, to z natury musi być podejrzane. A jeśli jest to czas przejścia szlakiem, to należy zacząć się bać (abstrahując od dolin za Bramką i ku Dziurze, bo tam naprawdę nie ma się czego bać).

Polana Kalatówki (źródło: Wikimedia)

Moim zdaniem na drodze do Kalatówek jest stromo i spacer z przysłowiowym wózkiem z dzieckiem po tym szlaku nie może należeć do najłatwiejszych zadań. Niektóre źródła twierdzą, że to nie szlak, tylko ulica Zakopanego! Trasa wyłożona jest kamieniami jak na Placu Zamkowym, po bokach tylko drzewa, boczne szlaki do klasztoru Albertynek (polecam zajrzeć, kto lubi klimaty typu zen) i Albertynów, oraz budka z biletami. Tuż pod schroniskiem Kalatówki odchodzi Ścieżka nad Reglami, nad którą zawsze wypatruję kozic, bo raz w zimie je tam widziałam i mam nadzieję, że wrócą. Krążą chyba w dużej mierze słuszne opinie, że każdy niezależnie od wieku może przejść Drogę Brata Alberta, tylko jakoś wszyscy docierają do schroniska zziajani i trochę marudzący.

Na Kalatówkach - wrzesień 2009 (fot. A. Bakota)

Ja też tam zawsze jestem zmęczona, być może z dwóch powodów. Po pierwsze, Kalatówki są dobre na początek, a o dobrych-złych początkach w górach po sezonie nicniechodzenia już sobie tu mówiliśmy. Po drugie, dwadzieścia minut marszu to za mało, by się rozgrzać i osiągnąć moment, w którym jest się już trochę rozruszanym i mniej odczuwa się wysiłek. Poza tym średnio miłym szlakiem, Kalatówki to bardzo przyjemne miejsce z sympatyczną restauracją, z której rozciąga się panorama z atrakcjami w postaci Kasprowego i kolejki. Polecam wielkanocnego mazurka w takim otoczeniu :).

Na Kalatówkach (fot. A. Bakota)

poniedziałek, 31 października 2011
Mała polana, wielka osobowość

Naszła mnie niedawno straszliwa tęsknota za Doliną Kościeliską. Nie odwiedzałam tego miejsca od jakiegoś czasu i stwierdziłam, że bardzo chciałabym tam teraz być. Ta szarlotka przy stole pod prawym oknem, zapach potoku na progu Wyżniej Miętusiej Kiry, szeroka droga przed Starymi Kościeliskami... Ech, w dolinach też można zatęsknić za dolinami, jak widać.

Ponieważ nie mam szczegółowej mapy Kościeliskiej (a zdecydowanie nie pogardziłabym, tylko gdzie taką znaleźć? Czy na A... arcyfajnym portalu aukcyjnym to znają? :)), muszę zadowolić się tym, co mam w przewodnikach i w internecie. Jak się okazuje, i to wystarczyło, bym dowiedziała się czegoś nowego o znanej mi od dziesiątego miesiąca mojego życia dolinie (podobno, ja nie pamiętam, pytajcie moją rodzinę).

fot. A. Bakota

Jak nazywa się miejsce, w którym znajduje się schronisko Ornak? Pytanie brzmi banalnie i trochę głupio w otoczeniu prawdziwych ciekawostek, o których pisywałam na Tatrografii. Niemniej dla mnie było pewnym odkryciem, gdy dowiedziałam się, że schronisko ze wspomnianymi szarlotkami stoi na Małej Polance Ornaczańskiej, zwanej w skrócie Małą Polanką. Wbrew pozorom nie jest to Hala Ornak, a tylko jej część, więc nie sprowadzajmy Hali Ornak do polany ze schroniskiem. Mi się zawsze wydawało, że Ornak stoi na Ornaku, tzn. nie na szczycie, ale na Hali z pewnością. Hala Ornak to dawne określenie większego rejonu, który, owszem, obejmuje Małą Polankę, ale nie jest już tym, czym był kiedyś i w dużej mierze zarósł lasem - jak to z wielkimi halami w Tatrach zwykle bywa.

Mała Polanka Ornaczańska (fot. A. Bakota)

Nie wiem, co w tej polanie takiego małego, że zyskała sobie to urocze określenie. Nawet dzisiaj polana ciągnie się ładny kawałek za płotkiem pod schroniskiem, a zakładam, że kiedyś zajmowała więcej miejsca - zanim odeszły stada owieczek a przyszły stada turystów, przed którymi trzeba było bronić tatrzańskich trawników. Po Małej Polance biegnie szlak na Iwaniacką Przełęcz, który szłam za każdym razem w dół, bo na przełęcz wchodziłam z Doliny Chochołowskiej.

Mała Polanka Ornaczańska (fot. A. Bakota)

Więcej o tym miejscu chyba nie ma po co mówić - Dolina Kościeliska wraz ze schroniskiem z szarlotkami jest jednym z najpopularniejszych wśród turystów miejsc. Kto był w Tatrach, prawdopodobnie był właśnie tam, chyba, że wybrał Morskie Oko, a na Kościeliską zabrakło czasu. Cóż, mi następnym razem z pewnością nie zabraknie, bo tatrzańska szarlotka chodzi za mną jak jakiś wyrzut sumienia. Choćbym nie wiem jak się starała, nie upiekę podobnej, bo dolinne szarlotki dolinnym szarlotkom nierówne. Co jest oczywistością.

Na koniec podzielę się z Wami zabawnym obrazkiem, który widziałam pod schroniskiem Ornak w lutym 2008 roku (twarzy głównego bohatera nie widać, więc mam nadzieję, że nie naruszam niczyjej prywatności; gdyby tak było, proszę dać znać).

Mała Polanka Ornaczańska 2008

Moim zdaniem jest to śliczne i wiele mówi o współczesnym obliczu Taterek :). A czym są "Taterki" -  polecam poczytać: http://tpn.pl/news/510/Taterki. Mnie zachwyciło i chcę oryginał!

niedziela, 23 października 2011
Dołem do Starej Roztoki

Nie pisałam tutaj jeszcze o moich ulubionych miejscach w Tatrach, bo zawsze odkładam to na później. Nigdy nie wiem, jak zabrać się za opisywanie rejonów, do których najchętniej wracam i które za każdym razem na nowo mnie oczarowują. Takie miejsca chciałoby się opisać jak najlepiej i najwierniej, tylko skąd wiadomo, jak to zrobić? Ale może zamiast tworzenia wielkiej notki na temat np. całej doliny, lepiej podzielić ją... na kawałki.

I teraz być może część z Czytelników zaskoczę. Fragment doliny, albo raczej - regionu, który jest chyba na drugim miejscu pod względem bliskości mojemu tatrzańskiemu sercu, jest niedostępny dla ruchu turystycznego. O i taki to numer. To musiał być chyba wielki splot okoliczności, że w to miejsce udało mi się trafić. Czasami zdarza nam się w życiu być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Za każdym następnym razem szlaban był już nieubłaganie opuszczony.

fot. A.Bakota

Koniec zagadek. Dzisiejsza notka będzie o zamkniętym dla turystów szlaku do schroniska w Starej Roztoce.

Jeśli ktoś ma znajomych wśród pracowników Parku, to być może miał szczęście podróżować tą trasą do schroniska. Piszę podróżować, ponieważ zasadniczo jest to droga dojazdowa do Starej Roztoki. Wyboista, błotnista, nosząca ślady pojazdów terenowych, które dowożą do schroniska zaopatrzenie. Ale jaki to inny świat, w porównaniu z asfaltówką tuż obok...

Droga dojazdowa do schroniska w Starej Roztoce (fot. A.Bakota)

Drogę dojazdową do schroniska wyznaczono w 1934 roku. Rozpoczyna się na końcu pierwszego prostego fragmentu drogi asfaltowej do Morskiego Oka, jakieś pięć minut od parkingu na Palenicy Białczańskiej. Cały tłum skręca zgodnie z asfaltówką w prawo, a boczna droga do Roztoki wiedzie na wprost przez mostek nad Potokiem Waksmundzkim. Nikt jednak tamtędy nie może chodzić, bo na wstępie stoi znak zakazu ruchu pieszego no i stary, miejscami zardzewiały szlaban zagradza jakikolwiek wstęp.

Ostatnio szlak udostępniono turystom w 2009 roku (nie wiem, czy jeszcze w jakichś innych terminach), gdy władze Parku zabierały się za remontowanie drogi do Morskiego Oka. Szłam nim dwa razy: w sierpniu i w listopadzie. Może warto zatem uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, co się traci, gdy nie można tą drogą wędrować.

fot. A.Bakota

Przede wszystkim - traci się trochę czasu. Obecnie dostępna dla nas jest jedna droga dojścia do schroniska w Roztoce i jest to trasa wiodąca od Palenicy Białczańskiej wspomnianą już asfaltówką, w górę do Wodogrzmotów Mickiewicza i stamtąd w dół w lewo do Roztoki. Łącznie normalnym tempem zmieścimy się w jakiejś godzinie marszu, ale nie wszyscy przepadają za spacerem po asfalcie. Ja w każdym razie nie przepadam i to bardzo. Droga dojazdowa do Roztoki jest nieco krótsza i czas dojścia do schroniska może się skrócić co najmniej o jakieś 20 minut. Nam się nie spieszyło, bo napawaliśmy się niepowtarzalną okazją zwiedzenia tego tajemniczego szlaku. Ta trasa jest również łagodniejsza i mniej męcząca, niż wspinanie się do Wodogrzmotów. Stara Roztoka nie znajduje się wysoko, więc nabieranie wysokości tylko po to, by ją zaraz wytracać, jest trochę bez sensu. Ale w ten sposób równie dobrze wchodzenie na jakąkolwiek górę jest bez sensu, więc tak naprawdę nie ma co narzekać.

Po drugie: nie znając tej drogi, nie zobaczymy z bliska urokliwego domku, który znajduje się poniżej Drogi Oswalda Balzera, a do którego jest dostęp z trasy dojazdowej. Gdy pytaliśmy panią pracującą w niedawno otwartym (innym) domku z wystawą zdjęć Morskiego Oka, tuż koło Wodogrzmotów, co się właściwie znajduje w chatce przy drodze do schroniska w Roztoce, odpowiedziała, że to chyba domek należący do leśnictwa. I że chętnie sama by w nim zamieszkała. My też.

fot. A.Bakota

Klimat panujący na zamkniętej drodze do schroniska przypomina inne szlaki w reglu dolnym - wysokie drzewa, kamienie pod nogami, cisza w lesie. Zupełnie inna jakość, niż na drodze do Morskiego, a to przecież bliskie sąsiedztwo. Wysiłku zero.

Polana Stara Roztoka widziana z drogi dojazdowej (fot. A.Bakota)

Chyba Tatry nie byłyby sobą, gdyby i w tym miejscu nie trzymały jakiegoś sekretu. Jak podaje Witold Paryski w 4. tomie "Tatr Wysokich" z lat pięćdziesiątych (mój nowy cenny skarb!), 25 kroków przed mostem tuż koło Polany Stara Roztoka do drogi dojazdowej dołączał się czerwono znakowany szlak. Nie pamiętam tam żadnej bocznej ścieżki, ale być może nie zwróciłam uwagi. I co? Szanse zmarnowane!

Dlaczego ta droga jest zamknięta dla turystów? Przecież ułatwienie dojścia do Starej Roztoki i umieszczenie informacji o jej istnieniu tuż obok Palenicy (cóż, niektórzy tamtędy przechodzący nie wiedzą o istnieniu Pięciu Stawów, a co dopiero o Roztoce) wpłynęłoby pozytywnie na obroty w schronisku i podniosło ogólne morale wśród turystów. Osobiście nie życzę Roztoce większego rozgłosu, bo straciłaby swój czar, który m.in. polega na tym, że jest schowana i nieznana. Ale Parkowi Narodowemu należałoby życzyć wzrostu poziomu wiedzy ceprów. Otwarcie tej drogi być może też odciążyłoby Morskie Oko.

fot. A.Bakota

Jednak pewnie w większości ekologiczne przesłanki zdecydowały o zamknięciu tego szlaku. Obsługa Parku musi mieć też jakąś wygodną drogę dla siebie. Skoro nic nie da się zrobić, pozostaje nam cieszyć się, że Stara Roztoka nie jest oblężona przez stada turystów. I zacisnąć zęby na drodze Oswalda Balzera. W końcu, umówmy się, to tylko kilkadziesiąt minut od najlepszej herbaty w Tatrach.

A notka o Starej Roztoce samej w sobie kiedy indziej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10