dla tych, którzy górami potrafią żyć w dolinach
niedziela, 21 marca 2010
Pierwsza Brama Kościeliskiej
W Dolinie Kościeliskiej, niedaleko za kioskiem, w którym kupuje się bilety wstępu, otwiera się znana wszystkim polana Wyżnia Miętusia Kira. Niezwykle pieszczotliwie nazywałam ją kiedyś "patelnią", bo jak byłam mała, zawsze miałam wrażenie, że jest tam strasznie gorąco - słońce wprost lało się z nieba, a do schroniska (albo do domu...) było jeszcze tak daleko. Nie o niej chciałabym jednak dzisiaj opowiedzieć, lecz o tym, co znajduje się u jej progu.
Gdy wychodzimy z chłodnego cienia na polanę, przechodzimy przez tzw. Bramę Kantaka. Nazwana tak została na cześć Kazimierza Kantaka, członka Towarzystwa Tatrzańskiego. Z tej okazji możemy na skalnych ścianach znaleźć poświęconą mu pamiątkową tablicę. Dlaczego w ogóle Brama? Otóż dlatego, że w tym miejscu w koryto doliny wcinają się blisko siebie wysokie, wapienne ściany, porośnięte częściowo drzewami. To właśnie im można dziękować za przyjemny chłodek w letnie dni. Przejście między skalnymi ścianami zostało wyżłobione przez Potok Kościeliski. Przed 1877 r., kiedy to nadano Bramie jej ważną do dziś nazwę, nazywano ją Bramą Kościeliską Niżnią. W Dolinie są jeszcze dwie dalsze bramy - jak można się w Tatrach spodziewać, nazywają się Pośrednia i Wyżnia.
Warto wiedzieć, że w czasach II wojny światowej Niemcy planowali tutaj zbudować zaporę, która spiętrzałaby wody Potoku Kościeliskiego. Po wojnie zresztą władze komunistyczne też miały taki pomysł. Jak widać, zapora nie powstała, ale wykuta w latach 50. czterometrowa sztolnia we wschodnich ścianach straszy dalej.

Będąc w tym miejscu zawsze mam wrażenie, że to tutaj właśnie zaczynają się Tatry Zachodnie i góry w ogóle. To taki dobry początek, któremu towarzyszy uczucie, że naprawdę wreszcie tu jesteśmy i zaczynamy naszą wycieczkę. A pyszna szarlotka z herbatą jest coraz bliżej.
czwartek, 11 marca 2010
Pięć dni
Im dalej od Warszawy, tym więcej śniegu przybywało. Zaplanowany przedwiosenny wyjazd okazał się klimatycznym regresem do zimy... Ale nam to nie przeszkadza, bo w Tatrach wszystkie pogodowe rewelacje są usprawiedliwione :) Zima ma swoją ostatnią szansę. Przynajmniej do wtorku. Plany wycieczkowe może mało ambitne, ale teraz chodzi przede wszystkim o to, by trochę się oderwać od codziennej szarości i monotonii. W końcu od listopada trochę czasu minęło ;) A ciąg dalszy później, po solidnym wyspaniu się. W górach śpi się najlepiej, o czym nizinni mieszkańcy gór na pewno dobrze wiedzą...
piątek, 05 marca 2010
Od dzisiaj doceniam Liliowe
Według Józefa Nyki, granica między Tatrami Zachodnimi, a Wysokimi jest tylko umowna. Można doszukiwać się różnic w strukturze terenu, lub w krajobrazach, ale generalnie sztywna granica między tymi dwoma różnymi światami nigdy nie została wyznaczona. Ludzie umówili się, że brakującym punktem oddzielającym będzie przełęcz Liliowe. Sąsiadka Kasprowego Wierchu, leżąca między Beskidem, a Skrajną Turnią, jest upragnionym celem dla turystów, którzy wybrali się na Kasprowy pieszo z Doliny Gąsienicowej. Oddziela dwie ogromne doliny tatrzańskie - naszą Gąsienicową, i słowacką Cichą. Przypomina łagodne siodło porośnięte w dużej mierze trawą, które mija się jak ładny widoczek po drodze, nie przykładając do niego zbytniej wagi. A szkoda, bo i Liliowe ma swoją historię. Historię, przez którą ja osobiście prawie spadłam z krzesła.

Nie wiem, czy jesteście w stanie sobie to wyobrazić, ale w okolicach 1902 roku był niewątpliwie związany z chęcią otwarcia turystyki dla wszystkich, karkołomny pomysł zbudowania kolejki wąskotorowej z samego Zakopanego na Świnicką Przełęcz. O ile dobrze zrozumiałam źródła, miała to być kolej zębata. Oprócz turystyki miała również poruszyć gospodarkę, umożliwiając dotarcie do kamieniołomu, który miał być uruchomiony w połnocnych stokach Świnicy... Kolej miała mieć początek przy dworcu kolei w Zakopanem (?!) i jako tramwaj biec Jagiellońską i Chałubińskiego aż do Kuźnic. Stąd, już jako kolej zębata, miała podążać Doliną Jaworzynki (?!!), obok Małej Kopy Królowej wychodzić na Halę Gąsienicową, a stamtąd już na Liliowe i stokami Skrajnej i Pośredniej Turni docierać do Świnickiej Przełęczy, gdzie kończyłaby bieg. Trasa długości, bagatela, prawie 12 kilometrów. Gdy to przeczytałam, byłam trochę zdruzgotana, zapewne podobnie, jak ochrona środowiska, która najwyraźniej miała wtedy jeszcze coś do powiedzenia, bo dzięki silnym protestom plan został wycofany. Nie mogę sobie wyobrazić tego koszmaru u stóp Świnicy. No gdzie tam miałaby być kolejka, po sąsiedzku ze skałami Orlej Perci? A Liliowe nie byłoby ładną, trawiastą łączką, tylko terenem przeciętym masą niewiadomego pochodzenia złomu... Już słyszę ten huk i zgrzyt wtaczającego się z mozołem wagoniku po dziewiczych zboczach Liliowego...

Po tej rewelacji pewnie mniej ciekawy już się wyda inny szczegół z historii przełęczy Liliowe. Przed II wojną światową mianowicie odchodził stąd szlak do Doliny Ciemnosmreczyńskiej. Zamknięto go po wojnie. Tak przy okazji.
Wracając do głównego tematu, cieszmy się, że pomysł kolejki zębatej nie został zrealizowany. Warto to docenić, na przykład schodząc następny raz z przełęczy Liliowe w stronę Doliny Gąsienicowej, gdy dookoła nas jest piękna, rozległa i pachnąca trawa jak na łące, a lekki wiaterek szumi między rozrzuconymi tu i ówdzie szarymi głazami. Przyroda środka Tatr została obroniona, niestety, nie na długo. Trzydzieści cztery lata później pierwszy kurs odbyła znana nam wszystkim kolejka na Kasprowy...
PS. Mój tata jest pasjonatem kolei wąskotorowych. Zapytam go, czy słyszał coś o tym projekcie. Dam znać, czy wiedział.
Dopisek, 6 marca 2010: nie wiedział.
wtorek, 02 marca 2010
Chwila oddechu przy Wielkich Koryciskach
Znam osobę, dla której pobyt w Tatrach bez wycieczki do Doliny Chochołowskiej się nie liczy. Najdłuższa dolina w polskich Tatrach ma wielu wielbicieli, czego dowodzą (na nieszczęście miłośników spokoju i ciszy) szeregi turystów na rowerach w drodze do Hucisk, czy kolejki do... kolejki "Rakoń". Kontrowersje wokół tej instytucji odłóżmy na razie na bok. Odnośnie fragmentu szlaku między Siwą Polaną, a Huciskami, polecam pieszą wędrówkę zwłaszcza zimą - po pierwsze dlatego, że szkoda sumienia i kasy na przejażdżkę saniami, po drugie z powodu szczególnego miejsca w okolicach Hucisk, w którym o różnych porach roku można poczuć delikatny powiew, nie wiadomo skąd, ciepłego wiatru. To nie tylko moje spostrzeżenie. Często tam przystajemy na moment, jakby chcąc zatrzymać ciepłe powietrze na dłużej. Swoją drogą, czy jest na sali obecny meteorolog, który wyjaśniłby mi to tajemnicze zjawisko? :)
Skoro już jesteśmy na asfaltówce do Hucisk, przeczytałam niedawno w Internecie o istnieniu doliny o nazwie Wielkie Koryciska (tak, to naprawdę nazwa własna doliny). Stanowi ona zachodnie odgałęzienie Doliny Chochołowskiej i rozpoczyna się na wysokości ok. 2/3 trasy między Siwą Polaną, a Huciskami. Rozpoznacie to miejsce po niewielkim zadaszeniu i dwóch ławeczkach, które znajdują się po prawej stronie szlaku, idąc w kierunku schroniska na Chochołowskiej. Swoją drogą, lubię ten moment, gdy dowiaduję się o jakiejś specyficznej charakterystyce miejsca, w którym już byłam, a w którym nie dostrzegłam, lub nie zdawałam sobie sprawy z istnienia czegoś szczególnego. U wylotu Wielkich Korycisk szosa, którą sobie idziemy do Chochołowskiej, nieznacznie oddala się od potoku, przez który zaczyna biec droga gospodarcza. Co ciekawe, całkowicie zalesiona dolina Wielkie Koryciska nie jest dziełem lodowca, lecz została wyżłobiona przez wodę. Jak podają źródła, w jej głębi znajduje się 30-metrowy próg skalny, po którym spływa wodospad... Nie wiem, nie widziałam tego na własne oczy, gdyż nie wiedzie tamtędy żaden szlak i dostęp jest zabroniony, ale nie ukrywam, że obecność kolejnego wodospadu w Tatrach Zachodnich jest dla mnie zaskoczeniem :) Wyjątkowości temu miejsca dodają niewidoczna dla turystów, bo znajdująca się w górnych partiach doliny, jaskinia Schron w Wielkich Koryciskach, oraz fakt występowania rzadkiego motyla Erebia Pronoe, który w Polsce był widziany poza tym tylko w rejonach pobliskiego Bobrowca. Dolina jest stosunkowo krótka i wiedzie do tzw. północnej grani Wołowca, o której być może już więcej osób wie, że stanowi całą boczną "ścianę" gór, otaczającą Dolinę Chochołowską po jej zachodniej stronie. Kiedyś te tereny należały do tzw. Hali Krytej, ale to osobny, duży i bardzo interesujący temat, któremu poświęcimy się innym razem.

Jak się okazuje, nieświadomie mijałam Wielkie Koryciska wiele razy w drodze do Hucisk - czy to rowerem, czy pieszo, czy też, haniebnie, kolejką "Rakoń". Ostatni raz byłam tam i zatrzymałam się na krótki postój pod dachem we wrześniu zeszłego roku. Był piękny, słoneczny dzień i mało turystów. Postawiliśmy rowery obok pod drzewem i wyjęliśmy wodę i czekoladę. Za chwilę na sąsiedniej ławeczce usiadło kilka osób, które wyciągnęły... puszki z piwem i papierosy. Takie to mam wspomnienia związane z Wielkimi Koryciskami. Mam nadzieję, że mi wybaczą.
poniedziałek, 01 marca 2010
Wiosna w Kondratowej
Witam wszystkich, o ile jeszcze ostał się ktoś, kto tu zagląda. Przyznam szczerze, że bardzo się tego nie spodziewam, bo sama nie byłam tu od dawna. Mój opuszczony przez wyrodnego autora w mojej osobie blog jednak dalej sobie egzystuje, a ja dzisiaj doznałam ciekawego i pierwszego od dawna uczucia, hm... olśnienia? Miało to miejsce w bardzo prozaicznych warunkach. Po kilkunastominutowej trasie ze Służewia wyszłam z metra na stacji Ratusz Arsenał i nagle uderzyło mnie kilka rzeczy naraz: silny podmuch wiatru, który wcale nie był zimny, wysoko postawione słońce, wszechobecne kałuże i to nieuchwytne coś, czego nie czułam już od dawna, a co napełniło mnie nieuzasadnionym (a może przeciwnie?), wewnętrznym optymizmem. Gdy dojechałam na Bemowo, zaczęłam się zastanawiać, co mi tak pachnie, gdzie był ten zapach, z czym on się wiązał? I wtedy do mnie to dotarło. Kondratowa. Maj. Topniejący śnieg i lód na szlaku pod górę w lesie, tuż za rozwidleniem na granicy Kalatówek. Ciepłe słońce od góry, wilgotne, chłodne powietrze bijące od podłoża. Rozpryskujące się kałuże i pękający pod nogami lód. Dla mnie wiosna to właśnie to uczucie - przezierająca spod warstwy pokonanej zimy, pachnąca lasem i żywicą świeżość. Oszałamiający zapach. W jakiś naturalny sposób zawsze kojarzy mi się z wycieczkami na Kondratową. I tak sobie pomyślałam, że to dobry moment, by o tym na Tatrografii napisać.

Znawcy pewnie wiedzą, że między Polaną Kondratową, a Doliną Kondratową istnieje zasadnicza różnica. Sprawa jest bardzo prosta - Polana stanowi centralny element Doliny i jest konsekwencją istniejącego w niej niegdyś stawu morenowego. Dolina Kondratowa obejmuje całość przyległych terenów, począwszy od krańca Kalatówek, aż po ściany Giewontu i grań Kopy Kondrackiej.

Nie wiem, jak Wy, ale ja zwykłam nazywać Polanę Halą Kondratową. Jakoś tak mi się przyjęło. Po przejrzeniu źródeł dowiedziałam się jednak, że właściwym określeniem jest Polana, a Hala była nazwą używaną w czasach, gdy w Dolinie wypasane były owce. Schronisko na Polanie Kondratowej jest najmniejsze w polskich Tatrach. Co ciekawe, w dolnych rejonach Polany, w pewnej odległości od szlaku znajduje się niewidoczna dla idących turystów bacówka, która jest najstarszym odremontowanym budynkiem na Polanie.

Samo schronisko miewało swoje dramatyczne momenty. W 1953 roku, w wyniku zawalenia się fragmentu ściany Długiego Giewontu, około 30-tonowy głaz uderzył w ścianę jadalni, powodując istotne zniszczenia. Mało kto o tym pamięta, zamawiając pyszne gofry i herbatę z cytryną...

Wybierającym się na spacer do Kondratowej polecam minąć nieco schronisko i pójść nawet kilkadziesiąt metrów dalej szlakiem w stronę Kopy Kondrackiej (nie Przełęczy Kondrackiej). Zaledwie po kilku minutach od schroniska odsłania się sielski widok na rozległą, złocącą się polanę, w lecie porośniętą kwiatami i wysokimi trawami. Słychać delikatny szum wiatru niosący mieszankę aromatów Tatr Zachodnich, słońce grzeje, a ludzi mało, bo większość poszła w stronę Giewontu. Pora na zdjęcia pod hasłem "witaj przygodo", szczególnie efektownie jawi się wijąca się cienka nitka szlaku prawie po horyzont, a w tle majestat łagodnych, a jednak potężnych z tej perspektywy zboczy Kopy Kondrackiej. Kto ma ochotę iść dalej, niech się zabezpieczny w zapas wody i czekolady (zakosy na górze pod samą przełęczą potrafią dać w kość), kto woli jeszcze jedną herbatkę z gofrem - schronisko jest w zasięgu ręki. Ja ostatnio wybrałam ten drugi właśnie wariant, Kopa Kondracka poczeka...
piątek, 06 lutego 2009
Zakochani w Smreczyńskim
Dolinę Kościeliską zna każdy, kto słyszał o Tatrach. Był w niej prawie każdy, kto przynamniej raz w Tatry przyjechał. Lubi ją znaczna część odwiedzających, niewiele mniej osób narzeka na zatłoczone schronisko i duży ruch na szlaku. Jako jedno z miejsc "sztandarowych" naszych polskich Tatr, Kościeliska znajduje się w czołówce listy miejsc do obejrzenia. Zawdzięcza to wyjątkowo przyjemnemu, leśnemu otoczeniu i łagodnemu klimatowi. Żeby w czasie sezonu poczuć jeszcze spokojną i wyciszoną atmosferę Tatr Zachodnich, trzeba przyjść do Kościeliskiej wcześnie rano, zanim tłumnie zjawią się turyści i obozy młodzieżowe. Ale gdyby zapytać osób przebywających w Dolinie w ciągu dnia, ciekawe, jaki procent wiedziałby o znajdującym się nieopodal Stawie Smreczyńskim?
Do tego jednego ze stosunkowo nielicznych w Tatrach Zachodnich jezior prowadzi szlak odbiegający od głównej drogi w Dolinie tuż przed końcowym schroniskiem. Mniej więcej półgodzinny spacer, momentami stromiej pod górkę, zaprowadzi nas do prawdziwie czarodziejskiego zagajnika, w środku którego leży okrągłe lustro wody, odbijające w swej tafli okoliczne drzewa. W polskich Tatrach niełatwo znaleźć odbicie lasu w stawach, bo większość jezior znajduje się w Tatrach Wysokich, a tam mamy już tylko kosodrzewinę i skalne ściany, typowe dla kotłów polodowcowych. Staw leży na leśnej równinie, na wysokości 1226 m n.p.m., jego maksymalna głębokość to zaledwie 5,3 m. Woda w nim przeważnie nie jest przezroczysta, gdyż stanowi środowisko życia obfitego fitoplanktonu. Jeśli trafimy na ładną pogodę, nad stawem w oddali dojrzymy kilka szczytów Tatr Zachodnich, po których biegnie granica polsko-słowacka.
Kiedyś wierzono, że to jezioro nie ma dna. Opiewali go w swoich utworach wielcy polscy pisarze, a swoje odbicie znalazł na obrazach m.in. Wyczółkowskiego, którego dzieła charakteryzują się wyjątkowym przekazem emocjonalnym. Co ciekawe, jak można doczytać się na forach internetowych, Staw Smreczyński dzisiaj jest popularnym celem zakochanych par. Oczywiście, każdy nizinny mieszkaniec gór ma w Tatrach jakieś swoje ukochane miejsce, z którym wiąże szczególne wspomnienia, i nie musi to być żadna krajobrazowo bogata przestrzeń (czasem wystarcza zwykły kamień, lub pień drzewa :)...), jednak gdy zakochani chcą znaleźć ustronne, schowane przed turystycznym zgiełkiem miejsce, zupełnie, jakby poszukiwali odpowiedniego miejsca na randkę, często wybierają ławeczki nad Smreczyńskim. I może nie warto jest o tym głośno mówić, bo w końcu i Smreczyński straci swój czarowny, ukryty klimat. W lecie prezentuje się bajkowo, ale przyznaję, że nie widziałam go ani razu w zimie. Kto wie, czy ten rok tego nie odmieni...
niedziela, 04 stycznia 2009
Chochołowska spełnia życzenia
Zastanawiałam się, jakie czarowne miejsce w Tatrach mogłoby być tematem na dobry początek nowego roku dla Tatrografii. Jest mnóstwo takich, o których jeszcze nie pisałam, i niełatwo jest się zdecydować na jedno (mam tak zresztą za każdym razem, gdy siadam do napisania nowej notki). W takim momencie, swoim starym zwyczajem, postanowiłam zaczerpnąć inspiracji z mojej półki przewodników, albumów i książek z górskimi wspomnieniami, dzięki którym dokonałam wyboru prostego i dość oczywistego, przy okazji dziwiąc się samej sobie, że jeszcze na Tatrografii o tym poletku Pana Boga nie wspominałam. Przed Wami, w całej swej okazałości, Dolina Chochołowska :)

Chochołowska to ostatnia na zachód polska dolina tatrzańska, udostępniona turystom do zwiedzania. Jest najdłuższa (ok. 10 km) i największa (ponad 35 km²) w całych, nie tylko Zachodnich, polskich Tatrach, jako dolina walna posiada na całej swej długości wiele odnóg, z czego większość uchowana została przed niszczycielskim mimo wszystko rozplanowywaniem turystycznych szlaków. W swych górnych rejonach rozdziela się na trzy główne ramiona – Dolinę Starorobociańską, Chochołowską Wyżnią i Jarząbczą. Leży w pobliżu wsi Witów, o której to zwierzchnictwie przypominają wszędobylskie tabliczki i informacje o Wspólnocie Leśnej Uprawnionych Ośmiu Wsi.

Niewątpliwie pełna uroku, spokoju i harmonii przyciąga turystów poszukujących w górach oddechu, odpoczynku od zgiełku i pośpiechu, przestrzeni do poukładania myśli i pozbierania sił. Dzięki znikomemu poziomowi trudności (przypominam sobie właściwie tylko dwa bardziej strome, a i tak krótkie podejścia), chętnie odwiedzają ją rodziny z małymi dziećmi i emeryci. Swoją nazwę dolina zawdzięcza pobliskiej wsi Chochołów, którą nawet laicy znają dzięki słynnym, posadzonym blisko siebie góralskim chatom i... granicy ze Słowacją.

Ze względu na bardzo dużą powierzchnię hal i polan, Dolina stała się największym ośrodkiem pasterskim w Tatrach. Do dziś na Polanie Chochołowskiej, w okolicach schroniska, możemy oglądać zabytkowe szałasy i bacówki. Jedna z nich poświęcona została pamięci Karola Wojtyły, który – jako jeden z najsławniejszych polskich wielbicieli Tatr – bardzo umiłował sobie rejon Chochołowskiej. Co ciekawe, do XIX w. prowadzono w Dolinie prace górnicze, pozostałością po czym są nazwy niektórych terenów w jej obrębie (np. Polana Huciska, Hala Stara Robota).
Dolina Chochołowska może być dobrym miejscem do lekkiego trekkingu, przejażdżek rowerowych (jej początkowy fragment, czyli od parkingu na Siwej Polanie aż do Polany Huciska, pokryty jest asfaltem, a na całej długości Doliny rozlokowanych jest kilka punktów wypożyczania rowerów), przejażdżki góralską bryczką, niestety ceny tej drobnej przyjemności bywają trochę wygórowane, lub, co jest dużo tańszą opcją, kolejką „Rakoń”, która dowozi turystów do Polany Huciska. Ja osobiście polecam rowery, chociaż bez wcześniejszej zaprawy, mimo że droga jest szeroka i wygodna, dojedziemy do Hucisk na sztywnych nogach. Sprawdźcie sami.

Chociaż znalazłabym w Tatrach miejsca, które są jeszcze bliższe mojemu sercu, w Chochołowskiej czuję się trochę, jak w domu. Jest taka przytulna, ciepła, pozbawiona częstej w Tatrach Wysokich atmosfery zdobywania szczytów na siłę i w pośpiechu, by zdążyć przed zmrokiem. Do Chochołowskiej można przyjść, usiąść na ławce przed kapliczką na skąpanej w słońcu Polanie, i po prostu pomyśleć, pomilczeć, powdychać pachnące trawą i rozgrzaną ziemią powietrze, niosące dalekie nuty świerkowych lasów, nie robić nic, do niczego się nie zmuszać. Potowarzyszą nam piękne widoki, zamykająca Dolinę panorama grani Tatr Zachodnich, które z tego miejsca wydają się wyjątkowo łagodne i miękkie, cichy szum lasów porastających okoliczne wzgórza i ciepłe słońce, które napełnia radością i optymizmem każdego, kto tam trafi. W Chochołowskiej można poczuć się „bliżej Boga”; mam takie wrażenie nawet, jeśli nie jest to główny cel moich poszukiwań w górach. Na złocistych wzgórzach Polany Chochołowskiej poczujesz, że nie jesteś sam, że całe góry Cię słuchają i goszczą. A w kapliczce polecam zostawić jakieś życzenie od siebie – sprawdziłam. Góry mnie wysłuchały.

Z życzeniami wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, owocnego w powroty w góry i odkrywanie coraz to nowych miejsc, za którymi można potem błogo tęsknić - Tatrografia i przyjaciele :)
wtorek, 23 grudnia 2008
Kolęda w górach
Cicha polana blaskiem zalana księżyca zza śnieżnych grani, tu uklękniemy, dłonie wzniesiemy do Ciebie, Tatrzańska Pani.
Po tych ścieżynach, po tych dolinach wędrował tu Pasterz Biały, wśród gór milczenia, pełen skupienia wyznawał, że Twój jest cały.
W Twoich ramionach słodko uśpiona Dziecina-Zbawiciel ludzi. Zmilkła wichura i cisza w górach, aby Dziecięcia nie zbudzić.
My z plecakami i my z nartami przyszliśmy do Niego z dolin, by zesłał pokój u progu roku nam – ludziom dobrej woli.
Z szumu smreczyny, z kosodrzewiny płyną dziś tony kolędy. Niech płatki śniegu W srebrzystym biegu Po górach niosą je wszędy.
Pani Tatrzańska, Matko Niebiańska ochraniaj nas podczas drogi, byśmy wrócili i nie zbłądzili przez ciemny las i mróz srogi!
sobota, 06 grudnia 2008
Wyżnie Solnisko
W oddalonej nieco od schroniska części Doliny Pięciu Stawów znajduje się rozległa rówień, poprzetykana głazami, kępkami kosodrzewiny i skupiskami kwiatów i ziół, na której słychać już tylko delikatne podmuchy wiatru i oddalone echo głosów turystów, którzy wyszli w góry wcześniej, niż my, i są już wysoko. Niestety, w takich miejscach głosy bardzo łatwo się roznoszą. Tego typu trawiastych i równinnych obszarów jest w Dolinie Pięciu Stawów całkiem sporo, ale szczególnie zapadł mi w pamięć odcinek, którym wiedzie szlak na Zawrat i Kozią Przełęcz. To miejsce to Wyżnie Solnisko, prawie płaski teren znajdujący się w największym rozszerzeniu Doliny, częściowo podmokły, którym spływa okresowy potok spod Koziej Przełęczy. Nazwa pochodzi od wykładania w tym rejonie soli dla dawniej wypasanego bydła i owiec. Na wschód przechodzi w Niżnie Solnisko, na południe w Stare Solnisko.
Jest to dobre miejsce do zrobienia ładnych, panoramicznych zdjęć i przynajmniej próby uchwycenia wysokogórskiego klimatu Doliny Pięciu Stawów. Dociera tu tylko część turystów odwiedzających schronisko, a wystarczy oddalić się od niego o jakieś pół godziny spaceru, by znaleźć się w zupełnie innym świecie. W równinnych rejonach Doliny, chyba jak nigdzie indziej, można poczuć oddech Tatr Wysokich i zdecydować, czy poprzestaniemy tylko na widoku wysokich gór, czy spróbujemy się z nimi zmierzyć.
piątek, 05 grudnia 2008
Nowa Roztoka w połowie drogi
Gdzie zazwyczaj robicie postoje w drodze do Doliny Pięciu Stawów Doliną Roztoki? Podejrzewam, że większość z Was przypomina sobie "domek" po prawej stronie szlaku, jakieś 30-40 min. od rozwidlenia przy Wodogrzmotach, na skraju niewielkiej polany, za którą całkiem niedaleko szlak zaczyna ostro piąć się pod górę, by wkrótce wejść w piętro kosodrzewiny. Ta urokliwa, mała polanka, za której istnienie wiele osób jest Tatrom bardzo wdzięcznych (bo jest doskonałym pretekstem do zrobienia sobie krótkiego odpoczynku w marszu :)), to Nowa Roztoka. Leży na wysokości 1290-1310 m.n.p.m. i jest mniej więcej w połowie drogi do Doliny Pięciu Stawów. Jej nazwa bierze się stąd, że kiedyś przesiadywali tu pasterze, którzy przenieśli się ze Starej Roztoki. Dawniej polana była miejscem odpoczynku owiec pędzonych na wypas na Hali Pięciu Stawów (jako hala pasterska obejmowała Dolinę Pięciu Stawów i Dolinę Roztoki - ale o tym innym razem). Bywały na niej również... krowy, które ostatni raz pasły się tam w 1968 r. Od tego czasu polana stopniowo zarasta i straciła swój początkowy charakter.
Punktem charakterystycznym Nowej Roztoki jest stojący na jej skraju szałas, wyremontowany w 1968 r. Jest jednym z ulubionych miejsc wypoczynku turystów, niestety miejsca do siedzenia nie ma zbyt wiele, jedynie wąski, drewniany próg w wejściu do chatki. Turyści się nie zrażają - siadają na leżących obok balach drzewnych, albo pobliskich dużych głazach. Polecam odwiedzić te rejony wczesnym rankiem w lecie, kiedy nadchodzi gorący dzień, a nad dachem szałasu unosi się parująca rosa. A potem spojrzeć w górę na widocznego dość dobrze Wołoszyna i ruszyć w drogę, bo najgorsze dopiero przed nami ;)
|
Zakładki:
Inni o Tatrach
Nie tylko góry
Tatry profesjonalnie
|