Tatrografia

Dla tych, którzy górami potrafią żyć w dolinach

Wpisy otagowane „Czerwone Wierchy”

  • wtorek, 16 sierpnia 2016
    • Szlaki trudne i trudne inaczej

      Trafiłam niedawno na ciekawy artykuł opisujący propozycję klasyfikacji niektórych szlaków w polskich Tatrach (link). Może Was to zainteresować. Ja zawsze lubię słuchać opinii innych osób na temat ich oceny trudności poszczególnych tras. To najprostsza i najbardziej intuicyjna wymiana doświadczeń w górach. Dla jednych Kalatówki to pestka, dla innych mordęga. Podlinkowany tekst kierowany jest chyba do osób, którym marzy się Orla Perć, a więc sprawa tyczy się zupełnie innego poziomu górskiego wtajemniczenia.

      Na jakich szlakach w Tatrach jest trudno? To temat wyśmienicie dyskusyjny, bo co człowiek, co organizm, to inne możliwości i upodobania. Nie każdemu marzy się spędzanie wolnego czasu na męczącym dreptaniu pod górę. Nie każdy też widzi w tym jakikolwiek sens. Po co się mordować, skoro można spędzić urlop na normalnym odpoczynku, gdzie człowiek nic nie musi. Co racja to racja. Ale jak już ktoś lubi i mu się chce, to wtedy można porozmawiać. Nie będziemy na przykład spierać się z zapalonymi żeglarzami, że o ich sportowych zmaganiach możnaby powiedzieć - oszaleli? Zimno, mokro, wieje, mdli, po jasny gwint tam na tę wodę płyną.

      Skoro już ustaliliśmy, że każdy robi, co lubi, to postarajmy się też pamiętać, że każdy może też lubić co innego w Tatrach. Jedni zanudzą się w dolinkach, że to dla słabeuszy i dla dzieci, inni będą w siódmym niebie, że mogą spacerować w pięknym otoczeniu, bez zmęczenia, oddychając świeżym powietrzem. To tak na wszelki wypadek, bo różnie niektórzy turyści się względem siebie odnoszą. Same dolinki? Oj kiepsko! Widać siły nie mamy! - Po skałach jakichś, o piątej rano? Szpaner nadęty, pewnie połowy z nich nie nazwie! Na różnych szlakach pojęcie "trudność" różne ma znaczenie.

      We wspomnianym artykule Kościelec i Świnica zostały ocenione na czwarty z pięciu poziom zaawansowania, tuż po takiej Szpiglasowej, Wrotach Chałubińskiego czy Krzyżnem. Autorka ocenia Kościelec i Świnicę jako szczyty, po których w następnej kolejności można by się wybrać np. na Rysy, a potem na Przełęcz pod Chłopkiem, chociaż wszystkie pozostają na zbliżonym poziomie trudności. Prawda to???

      Na Kościelcu byłam dwa razy jako dziecko i nastolatka, na Świnicy też gdzieś tak w tych rejonach. Dzieciom ogólnie łatwo się wszędzie wchodzi, bo są lekkie, zwinne, nie mają takich lęków, co zniszczeni przez życie dorośli :), do tego większość bagażu niosą na plecach ich rodzice lub opiekunowie. Gdy ma się czternaście czy piętnaście lat i złapało się już górskiego bakcyla, to ambicje szybko rosną i snuje się marzenia o wspinaczce po Orlej Perci. O ile tylko rodzice pozwolą, co się chyba rzadko zdarza. Potem tworzy się plany, czego to ja nie zrobię, jak dorosnę, będę jeździć na obozy wędrowne i spać po schroniskach, dźwigać ciężki plecak, chodzić od świtu do nocy i z pełną profeską ścierać po bokach górskie buty. A potem przychodzi rzeczywistość, hehe.

      O ile na Kościelec i Świnicę chętnie bym się ponownie wybrała, to pod Mięgusze wcale mi się nie spieszy. Tak samo, jak nie widzę siebie wcale na drabinie gdzieś obok Koziej Przełęczy. Zastanawiam się, jakie szlaki przedstawiają podobną trudność, co taka Świnica? Mówię o niej, bo jednak wydaje mi się trochę prostsza niż Kościelec. Zaczęłam oglądać zdjęcia z Granatów i trochę kombinuję, czy by nie złapać za rogi któregoś z tych szlaków :).

      W kontekście tej klasyfikacji tras ja bym tak nie ustawiała sztywnej kolejności, co i kiedy można zdobywać. Nie byłam na przykład na Krzyżnem, chociaż jest oczko niżej w rankingu niż Kościelec. Według mnie jest pewna różnica między tymi wszystkimi szlakami - jedne są po prostu długie i wyczerpujące, kondycyjne, wymagające zaprawy i dobrej formy, inne wymagają zachowania zimnej krwi w obliczu bliskich przepaści i konieczności wdrapywania się po skałach przy użyciu rąk czy łańcuchów. Żeby dotrzeć na Wrota Chałubińskiego lub Szpiglasową z Morskiego Oka, trzeba mieć raczej silne nogi, niż umiejętność chodzenia po łańcuchach. A z kolei w drodze na Świnicę raczej się nie zmachamy, bo szlak to wspinaczka, jest ciekawie, to nie są trzy godziny wchodzenia po schodach (o ile ruszamy z Kasprowego, oczywiście).

      Czy trzeba wejść na Liliowe z Hali Gąsienicowej, aby móc postawić nogę na Orlej Perci? Czy wejście na Kopieniec rzeczywiście zmęczy nas bardziej, niż wejście na Przysłop Miętusi? Czy można zestawiać w tej samej linii Czerwone Wierchy i Przełęcz Karb? Jeśli chodzi o stopień "skomplikowania" szlaku - pewnie tak. Tam jakaś zaawansowana gimnastyka po głazach nam nie grozi. Ale zmęczeni będziemy znacznie bardziej na Czerwonych, niż w Gąsienicowej.

      Autorka tekstu przypomina, że jej klasyfikacja pozostaje właśnie jej klasyfikacją. Dobrze, żebyśmy w górach zawsze o tym pamiętali: przewodniki można i trzeba czytać, ale trzeba też dobrze znać swoje możliwości. No i swoje preferencje, bo to w końcu jest nasz czas wolny i nie ma sensu się do niczego zmuszać.

      Pewnie czekacie na jakąś puentę, więc na koniec zamiast tego pozostawię Was z pytaniem, co jest według Was trudniejsze: wejście na Czerwone Wierchy Twardym Upłazem z Kościeliskiej, czy wejście na Kościelec?

      No właśnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tatrografia
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 sierpnia 2016 08:51
  • wtorek, 23 sierpnia 2011
    • Twardy zachód

      Na początku sierpnia zastanawiałam się, kiedy ostatni raz byłam na Czerwonych Wierchach. To takie pasmo, które od dawna zajmuje bardzo ważne miejsce w mojej "wewnętrznej" mapie Tatr. Kiedyś wydawało mi się, że wejście na Czerwone Wierchy jest równoznaczne z profesjonalizmem, wielką siłą, doświadczeniem i że ogólnie od dziś możecie mówić mi "mistrzu". Myślałam również, że gdy uda mi się przejść wszystkie cztery szczyty, wejdę na jakiś kolejny poziom wtajemniczenia i będę wiedziała wszystko o specyfice poruszania się w Tatrach Zachodnich. Cóż, miałam wtedy niecałe dziesięć lat, wybaczcie.

      Czerwone Wierchy (fot. A. Bakota)

      Czerwone Wierchy udało mi się przejść jakieś dwa lata później. I, przyznaję teraz nie bez wstydu, była to jedyna wycieczka, podczas której byłam na wszystkich czterech szczytach. Ilekroć próbuję się tam dostać, w okolicy Kopy Kondrackiej trzeba czym prędzej zmieniać plany, bo właśnie nadciąga burza stulecia (a w każdym razie tak to w tamtym miejscu wygląda). Ale chyba nikt nie będzie się dziwił: Czerwone Wierchy mają w sobie jakiś tajemniczy magnes pogodowy, który w zawrotnym tempie przyciąga chmury deszczowe, a pogoda w tym rejonie potrafi zmienić się w ciągu kilku minut. I wielkie plany na zmierzenie się z Małołączniakiem od strony Kopy piorun trafił.

      Swoją drogą, Małołączniak te kilkanaście lat temu jawił mi się jako wielka i przerażająca góra. Gdy wchodzimy na Kopę Kondracką od strony Przełęczy Małołąckiej, warto na chwilę odwrócić się i uważać na zawroty głowy. Rzeczywiście szczyt robi wrażenie - Małołączniak nie ma wiele wspólnego z małą górką ani w żadnym wypadku z małą łąką. Ale może dzieciom wszystko wydaje się większe i straszniejsze, niż jest w rzeczywistości?

      Małołączniak widziany ze zboczy Kopy Kondrackiej (Wikimedia)

      Nie będę dalej snuć wspominek o moich pierwszych poważnych krokach w górach, bo nie taki jest mój dzisiejszy plan. Chętnie jednak dowiedziałabym się, ile osób wśród czytelników i innych znajomych pokonało Czerwone Wierchy od strony Doliny Kościeliskiej. I uwaga: nie Doliną Tomanową. Twardym Upłazem :]

      Twardy Upłaz był (i jest nadal) dla mnie kolejnym synonimem wielkiej WYRYPY. Nazwa "Twardy Upłaz" odnosi się właściwie do końcowego odcinka trasy wiodącej z Doliny Kościeliskiej, ja jednak nazywam w ten sposób cały szlak. Wchodziliśmy niecałe 4 godziny na Ciemniak, robiąc po drodze liczne pikniki i przeklinając suchy i osypujący się szlak tuż pod szczytem. Właściwie nie wiem, dla kogo ta trasa jest bardziej przeznaczona - dla wchodzących, czy schodzących? Słyszałam niestworzone historie o tym, co działo się z nogami osób, które postanowiły zejść tą drogą z Czerwonych Wierchów. Kilka godzin na hamulcu - to musi boleć.

      Twardy Upłaz (Wikimedia)

      Sama trasa jest dosyć urozmaicona, a krajobrazy co jakiś czas łagodnie się zmieniają. Zmierzymy się tutaj ze stromym lasem, gdzie wchodzi się po naturalnych stopniach złożonych z ziemi przetykanej starymi, grubymi korzeniami drzew. Będą też dwie-trzy polany widokowe, zanim w ogóle zbliżymy się do Chudej Przełęczy i samego Twardego Upłazu. Jedną z nich, Wyżnią Upłazińską Rówień, warto zobaczyć i dobrze zapamiętać. Charakterystyczne długie wylesienie z atrakcyjną skałą Piec po środku (a pod Piecem, jak na plaży i innych patelniach: ludzie siedzą na kurtkach, jedzą, opalają się i mają ogólną siestę) ze wszystkich stron otoczone jest dojrzałymi reglowymi drzewami, które nieumiłowanie się rozrastają i za kilkanaście lat zasłonią okoliczne widoki jak i samą polanę.

      Wyżnia Upłazińska Rówień ze skałą Piec (Wikimedia)

      Szlak zmienia się od wąskiej ścieżki ukrytej wśród zarastających traw aż po bardziej eksponowane zbocze Ciemniaka, gdzie natychmiast zakładamy kurtki i opaski chroniące od wiatru i nie narzekamy już, że jak nam gorąco. Szlak, przynajmniej wtedy, był całkiem pusty i kameralny. Aż do piętra turni dookoła panuje charakterystyczna, tatrzańska cisza, przerywana tylko bzyczeniem much i oddalonym szumem lasów. Rozkoszujmy się nią, bo na Czerwonych Wierchach słychać głównie huk wiatru (i trzepot naszych kapturów na głowach).

      Podejrzewam, że większość osób atakuje Czerwone Wierchy od strony wschodniej. Mamy tam między innymi do dyspozycji wjazd na niecałe 2 tysiące metrów i nie musimy pokonywać tej wysokości na własnych nogach. Tamtędy kilkakrotnie wchodziłam na Kopę Kondracką, jednak nie wiem, czy dalsze podejście na Małołączniaka należy do najprzyjemniejszych. Wysiłek włożony w wędrówkę Twardym Grzbietem wynagrodzi nam prosta prawda: od strony Ciemniaka przejście Czerwonych Wierchów to bułka z masłem, a przynajmniej chlebek. Jest łagodniej i, jakoś tak mi się wydaje, częściej w dół. Krzesanicy prawie się nie zauważa, a na Małołączniaka wchodzi się niemal z rozpędu. To tylko uwaga techniczna; na tym szlaku nie spieszmy się zbytnio, podziwiajmy panoramy polskich i słowackich Tatr. Jeśli pogoda dopisuje i dookoła nas nie zbierają się chmury, zapiszmy tę datę w kalendarzu. Ze wschodniego krańca pasma Czerwonych Wierchów można zejść urokliwymi zakosami na Halę Kondratową. A tam czekają na nas doskonałe gofry i cała reszta tatrzańskich nagród, o których będziemy marzyć w długie, jesienne wieczory spędzane na przystankach w oczekiwaniu na tramwaj.

      Twardy Upłaz (Wikimedia)

      Za wypróbowaniem tej trasy na Czerwone Wierchy przemawia jeszcze jedna ciekawostka. Szlak wiodący Twardym Upłazem, rozpoczynający się tuż za polaną Wyżnią Miętusią Kirą, oznaczony jest kolorem czerwonym. Ten sam kolor towarzyszy turystom nie tylko na grani Czerwonych, ale wiedzie dalej przez Kasprowy i Orlą Perć aż po Przełęcz Krzyżne. Warto zatem poznać zachodni kraniec trasy wiodącej przez serce polskich Tatr i pojąć, że jeden szlak łączy dwa zupenie różne, tatrzańskie światy :).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      tatrografia
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 sierpnia 2011 12:21

Kanał informacyjny

O Tatrografii

Odwiedzająca Tatry od urodzenia, z zamiłowaniem do herbaty z brusznicą w Starej Roztoce i zachodów słońca nad Witowem. Poszukująca ukrytych i niedocenianych perełek w Tatrach. Nigdy nie była na Giewoncie (i się nie wybiera).